Balaton – ogrom wody, silny wiatr i duże fale
Początek przygody
Październikowy wypad na karpie był pewny, ale sam cel wyprawy z wielu względów nie został dokładnie określony. Tak naprawdę “misja Balaton” urodziła się z przypadku. Sześćdziesiąt tysięcy hektarów słodkowodnego „morza” z niewyobrażalną populacją karpi i wielkie pragnienie, żeby spotkać się z tymi większymi!
Plan był prosty — bierzemy tylko kulki 30 mm, naszego flagowca czyli #PerfectQrill’a, do tego duże przynęty, selektywne przypony i konsekwentnie trzymamy się tego założenia.
Nie obyło się bez przygód, bo wyruszyliśmy już popołudniem, dzień przed łowieniem, ale po spędzeniu dwóch godzin w korku na autostradzie, wróciliśmy do domu. Następny dzień był intensywny. Start o czwartej rano, siedem godzin trasy, rozbicie obozowiska, sondowanie, a Balaton przywitał nas, tak jak się tego spodziewaliśmy, silnym wiatrem. Może nie jesteśmy do końca normalni, ale pływanie na takiej fali, gdzie dziób małego pontonu wznosi się i opada, z różnicą wysokości od grzbietu do doliny ok. 1,5 metra, to dla nas mega frajda.
Kolejne doby zasiadki
Późnym wieczorem dwie miejscówki oddalone 450 m od brzegu, zasypaliśmy dużymi kulami, wszystkie kije były gotowe do holu, a my czekaliśmy na pierwsze branie!
Każdy kontakt z rybą to tak naprawdę cała wyprawa — trzeba założyć spodniobuty, dotrzeć 70 m do wędek idąc przez płyciznę o zmiennej głębokości, naprzemiennie od kostek, aż za kolana. Potem wskoczyć na ponton, dopłynąć do ryby, podebrać, odhaczyć i najlepiej postawić zestaw na powrocie. Już pierwszej nocy przywitały nas balatońskie maluchy, którym nie przeszkadzała ani wielkość przynęty, ani „chamskie” przypony, które miały nas zabezpieczać przed tymi spotkaniami.
Trzeciej doby Balaton się “otworzył”. Późnym wieczorem Patrycja łowi pięknego łuskacza o wadze 15,825 kg, który jednocześnie jest największą rybą, jaką do tej pory udało się Jej złowić na Węgrzech. Plus 15 kilogramów to był nasz plan minimum, więc już było dobrze!
“Polak, Węgier – dwa bratanki” zgodnie z tym historycznym przysłowiem, następnego dnia trwa integracja z sąsiadami i kolejny raz przekonujemy się, że o karpiowaniu można rozmawiać godzinami, pomimo bariery językowej. Poznaliśmy też starszego Pana, który mieszka 200 m od brzegu. Choć ma 68 lat, kiedy tylko może, dzielnie pokonuje trasę z ekwipunkiem załadowanym na wózek i w spodniobutach przedziera się na swoją miejscówkę znajdującą się na metalowym stelażu, za trzcinami. Wytrwale siedzi kilka godzin, narażony na wiatr i chłód, ale jak mogliśmy zobaczyć, pomimo sędziwego wieku, bezustannie realizuje swoją pasję. Właśnie o takiej późnej dorosłości marzymy!
Piątej nocy budzi nas solidne branie – udaje mi się złowić common’a o wadze 18,525 kg, który jest moim nowym, węgierskim rekordem! Już jest świetnie! Takie ryby, z tak wielkiej wody to spełnienie marzeń!
Balaton poza tym, że pokazał nam swoje bogactwo, to jeszcze czegoś nas nauczył. Mamy spore doświadczenie z zaporówek, przez jedenaście lat wspólnego karpiowania przeżyliśmy różne burze, nawałnice i silne wiatry, ale moc, jaką pokazało węgierskie morze, trochę nas zaskoczyła. Wiatr o prędkości ponad 60 km/h to potężna siła, a wielkie fale uderzające jedna za drugą o brzeg, świetnie to pokazują.
Nasza taktyka
Taktycznie – mieliśmy namioty za trzcinami, ale kierunek wiatru miał się zmienić i uderzyć z boku. Na wyprawach wędkarskich zawsze mamy ze sobą kilka rzeczy, które mogą się przydać takie jak liny czy opaski kablowe. Gazebo XL, jeden z największy sociali dostępnych na rynku, był zakotwiony do ziemi długimi prętami, podczas nawałnicy przywiązany czterema linkami do słupów i płotu, a dodatkowo obłożony kilkunastokilogramowymi głazami.
Jednak najbardziej bałem się o ponton, uzbrojony w nowy silnik, pakiet lipo, echosondę i akcesoria. Rano okazało się, że przetrwało wszystko, a expander, który dzień przed burzą został wydłużony do 2 m, pochłonął całą energię fal tej nocy. Sąsiedzi nie mieli tyle szczęścia, bo ponieśli straty na kilka tysięcy złotych.
Podsumowanie
Balaton jest niesamowicie piękny i groźny jednocześnie, przeżyliśmy skrajne emocje – od radości ze złowionych ryb, po obawę o swój dobytek. Złowiliśmy około dwudziestu karpi, gdzie większość była w granicach 3-5 kg, dwa karpie pod 10 kg, no i te dwa piękne łuskacze, które były celem i sukcesem tej wyprawy.
Była to wspaniała przygoda, z której wróciliśmy naładowani pozytywną energią i bogatsi o nowe doświadczenia. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że to nie była nasza pierwsza i ostatnia “balatońska wyprawa”.